Strona główna
Felieton

Spis Treści:

1 słowo wstępne

4 gadżety

Oryginalne prezenty

6 ludzie

Paul Krugman. Czy uratuje światową gospodarkę?

10 znane firmy

Cartier. Dyskretny urok burżuazji

14 felieton

Iwo Byczewski. Co widzisz, to jest

16 inwestycje

Dobry czas na inwestycje

18 historie gospodarcze

Co się wydarzyło w Bretton Woods

20 lotniska świata

Praga. Lotnisko z widokiem na Hradczany

22 podróże

Jukatan. Błękitne królestwo Majów

26 wokół kół

Polskie drużyny na torze

30 miejsce

Holandia. Najpiękniejszy ogród Europy

32 kultura

Florencja. Tajemnica kopuły

34 sztuka biznesu

Autorytet. Jak go zdobyć i zachować

38 biznes

Podróże służbowe – negocjuj warunki

40 człowiek z pasją

Wywiad z Piotrem Adamczykiem

42 savoir-vivre

Karta czy gotówka?

44 barek

Drinki w kolorach słońca

46 informacje Diners Club

Według liczącej trzy strony „Wielkiej encyklopedii filozofii” Leszka Kołakowskiego kwintesencją metafizyki są rozważania o tym, czy coś jest albo nie jest. Ponieważ „Wielka encyklopedia” stanowi także leksykon i kompendium pojęć z zakresu nauk politycznych, wiedzę w niej zawartą można zasadnie stosować do takich bytów jak państwa. Bytem, który przychodzi mi do głowy, jest Belgia, albowiem wiele osób pyta: Czy oto istnieje ona jako państwo w rozumieniu tradycyjnym, czy raczej nie istnieje? Każda z możliwych odpowiedzi na to absurdalne pytanie ma swoich zwolenników, nawet wśród przedstawicieli belgijskich mediów
tekst: dr nauk prawnych Iwo Byczewski

Nie tak dawno przecież francuskojęzyczna telewizja publiczna RTBF podała, że Belgii już nie ma, a Flandria ogłosiła niepodległość. Niemal wszyscy uwierzyli, że skulona postać wchodząca do samolotu to uciekający król Albert II. Pamiętam poruszenie w korpusie dyplomatycznym i niektórych kolegów wysyłających nerwowe szyfrogramy do swych stolic; inni sporządzali spieszne i błyskotliwe analizy porównawcze z procesem rozpadu Czechosłowacji w 1993 roku. Cała sprawa przywodzi na myśl słynne słuchowisko „Wojna światów” Orsona Wellesa o inwazji Marsjan na Stany Zjednoczone, które w 1938 roku wywołało prawdziwą panikę wśród Amerykanów. Krótko mówiąc: żart RTBF się udał. Udał się, bo mógł się udać. Udał się, bo był prawdopodobny w stopniu znacznie większym niż w innym państwie europejskim. A był prawdopodobny, bo Belgowie sami od lat mówią o aksamitnym (mniej lub bardziej) rozwodzie. Już w latach 90. Luc Van den Brande, premier rządu Flandrii, znający zresztą i lubiący Polskę, powiedział wyraźnie, że Belgia nie przetrwa do 2015 roku. Przyszłość Belgii – a właściwie jej brak – stała się tematem dyżurnym nie tylko mediów, lecz także polityków i naukowców. Wiele razy zapraszano mnie na konferencje i seminaria, których przedmiotem było określenie szybkości procesu entropii i finalnej atrofi i państwowości belgijskiej. Niewdzięczne to było zadanie: czyż jako dyplomata zaprzyjaźnionego kraju miałem ugruntowywać przekonanie sfrustrowanych belgijskich przyjaciół, że państwo mej akredytacji za chwilę przestanie istnieć? Sam byłem sfrustrowany… Główną tezą owych naukowych rozważań było stwierdzenie, iż w kraju, w którym funkcjonuje pięć rządów (federalny, waloński, flamandzki, brukselski i wspólnoty niemieckiej), obraduje pięć parlamentów i używa się trzech języków, wszystko jest możliwe. Bowiem – powiadano – federalizm w belgijskim wydaniu, wbrew etymologii tego pojęcia, nie oznacza wcale dążenia do integracji politycznej, lecz przeciwnie: jest wyrazem postępującej dezintegracji. Z rozmów mniej scjentystycznych wynikało, iż lew (symbol Flandrii) rzucił się do gardła walońskiego koguta. Gdy trudno o jasną diagnozę, wiadomo, że chodzi pieniądze. Kiedyś biedna, dziś bogata Flandria nie chce dzielić się z Walonią – niegdyś bogatą, dziś zubożałą. Flamandowie wyliczyli, że co cztery lata przekazują na południe równowartość samochodu dla każdej rodziny walońskiej. Walonowie apelują o solidarność i walczą, by kolejna reforma nie ogołociła z prerogatyw rządu centralnego, pozostawiając w jego gestii li tylko sprawy zagraniczne i obrony. W znakomitym eseju „O władzy” Leszek Kołakowski cytuje polityka, który zapytany, czy chciałby być premierem, odpowiedział bez przesadnej kokieterii: „Przecież każdy chce być premierem”. Otóż nie jest to ewidentne, albowiem: „Jest mnóstwo ludzi, którzy bynajmniej o takiej posadzie nie marzą – nie dlatego, że i tak nie mają szans, ale dlatego, że uważaliby tę robotę za okropną…”. Ta teza zwyciężyła w Belgii: obecny premier Van Rompuy bardzo niechętnie podjął się misji tworzenia rządu i nie wiadomo, jak długo ów urząd zechce pełnić. Kandydata na to zaszczytne bądź co bądź stanowisko szukano tygodniami. Jego poprzednik był premierem zaledwie dziewięć miesięcy i w tym czasie podał się dwukrotnie do dymisji. Inaczej u nas: mamy popularnego premiera, rząd stabilny jak rzadko, ale ulubionym tematem rozważań jest odpowiedź na pytanie: kto mianowicie zostanie szefem rządu po 2010 roku? Pytanie jest istotne, bo dotyczy okresu przed futbolowym Euro. Jak się zdaje, po 2012 wszystko już będzie można nareszcie odpuścić. Nawet budowę autostrad, a więc i z tym premierem nie będzie już tak spieszno. Czy należy stąd wyciągać wniosek, że profesor Kołakowski częściej czytany jest w Belgii niż w Polsce? Wątpię, bowiem Belgowie mało o nas wiedzą. I my o nich niewiele. A szkoda, bo historia wzajemnych relacji jest bardzo bogata.

Belgicum vidimus arva – ‘widzieliśmy pola Belgii’, napisał Jan Kochanowski po podróży przez Flandrię w 1559 roku. Brzmi to dumnie, ale wieszcz nie był pierwszym Polakiem, który udał się w tamte strony, kontakty bowiem datują się od początku polskiej państwowości. Wszak Jordan, pierwszy polski biskup, ten właśnie, który ochrzcił Mieszka I, pochodził z Leodium, dzisiejszego Liege. To był rok – jak wiadomo – 966 i potem już, mówiąc kolokwialnie, poszło gładko. Zainteresowanym polecam znamienity i zwięzły szkic Andrzeja Borowskiego „Krótka historia związków polsko-belgijskich”, z którego wynika, że kontakty w dawnych wiekach były dość zbliżone do obecnych: Propter butirum fugami Flandriam – ‘dla masła podążę do Flandrii’, pisał w XV wieku nieznany rodak. Ruch był dwustronny, bo już od XIII wieku osiedlali się w Polsce przybysze z Fryzji, którzy w okolicach Gdańska budowali kanały, przekształcając je w żyzne poldery. Na Podbeskidziu osadnicy flamandzcy założyli osadę Wilamowice – nazwaną tak od przywódcy tej grupy. I rzecz mało znana: po dziś dzień żywa tam jest tradycja kolonistów, a nawet ich archaiczny dialekt przechowany w formie mówionej. Wiedza o warunkach egzystencji była szczegółowa i wzajemne zainteresowanie obu narodów duże. Obu narodów?! „Belgów nie ma, sire”, powiedział ponoć książę de Merode do pierwszego króla Belgii Leopolda I. Wątpiących uspokajam: istnienie piłkarskiej reprezentacji piłki nożnej nie jest wymysłem sprawozdawców sportowych i nasze zwycięstwa były realne i słuszne. Ale nie jest to jedyny dowód w interesującej nas sprawie. Flamandowie nie są tożsami z Holendrami. Wszystko ich różni: historia, obyczaje, religia. Słusznie ktoś powiedział – dzieli ich nawet wspólny język. Walonowie zaś to nie Francuzi na tymczasowej emigracji w Niderlandach Południowych. Jerzy Falicki, autor uczonej „Historii francuskojęzycznej literatury Belgów”, uważa, że Francuzi czują, iż posiadają język, Belgowie zaś, że język ich posiada. Belgijska tożsamość narodowa jest więc cokolwiek negatywna, bowiem określa się przede wszystkim przez to, czym nie jest, ale niewątpliwie istnieje. Co do Leopolda I, niewiele brakowało, aby ów książę z dynastii sasko-koburskiej królem nie został. Po pierwsze nie bardzo chciał (taki to belgijski obyczaj), po drugie: solidnym kandydatem na to stanowisko był przedstawiciel rodu Czartoryskich. To rzecz mało znana, więc przypomnijmy, że w owym roku 1830, roku Powstania Listopadowego i początków Wielkiej Emigracji dla nas, a dla Belgów początku ich państwowości, Polska była w Belgii niezwykle popularna. Pomijając romantyczne sentymenty tamtej epoki, można zaryzykować twierdzenie, że sympatia ta była funkcją zagrożenia świeżej niepodległości przez cara Mikołaja I, kuzyna Wilhelma Orańskiego, spod berła którego Belgowie chcieli się wyzwolić. Do interwencji nie doszło, bo Mikołaj zajął się tłumieniem polskiej rewolty. Były nawet pomysły, żeby przyjść nam z pomocą: „Połączmy belgijskiego Lwa z Orłem Białym” – wzywał Charles de Bruckere. „Scementujmy nasz alians nad brzegami Wisły!”. Bardziej realny wydawał się jednak pomysł powołania na tron belgijski księcia Czartoryskiego. Znany wówczas działacz partii katolickiej L-F de Robiano de Borsbeek nawoływał z emfazą: „O wy, którzy potrafi cie się modlić i zwyciężać, wy – szlachetni przedstawiciele narodu, w którym płynie królewska krew wybawiciela Europy – Sobieskiego, antycznych Jagiellonów i współczesnych Kościuszków, przyślijcież nam swe dzieci. Niechże przybędą i nauczą nas modlić się i zwyciężać!”. Słuszny ten postulat nie został zrealizowany, ale nie jesteśmy całkowicie pozbawieni perspektyw, bowiem na tronie belgijskim zasiądzie polska królowa. Chodzi o Matyldę, córkę Anny Komorowskiej i Patryka d’Udekem, żonę księcia Karola, następcy tronu. No dobrze: w połowie polska. Po mężu zaś, jak wyliczył Leopold Unger: francusko-niemiecko- węgiersko-austriacko-szwedzko-bawarsko- hiszpańsko-włoska. Nie szkodzi. Jest powód do narodowej dumy, a także kolejny dowód naszego europejskiego rodowodu. Król, obok dwujęzycznej Brukseli, jest czynnikiem integrującym Belgię i dlatego czasem bywa atakowany. Werbalnie. Pamiętam, jak w czasie wizyty Prezydenta RP w październiku 2004 roku nad witającym tłumem pojawił się niespodzianie transparent: „Demokracja tak, monarchia nie!”. Niby nic, jednak zgrzyt, konsternacja, nie wiadomo, co z tym fantem zrobić. I na to Kwaśniewski stentorowym głosem: „Majestacie – powiada – nie przejmuj się. To chodzi o Polskę”. Pierwsi zaczęli się śmiać dziennikarze i potem już poszło… Co się zaś tyczy przyszłości Belgii, zastanawianie się nad nią wydaje mi się zajęciem tak samo jałowym jak rozważania na temat przyszłych losów jakiekolwiek innego kraju. Jak nas uczy historia (jeśli czegokolwiek nas uczy), racjonalne rozumowanie nie zawsze dobrze przystaje do rzeczywistości, która jakoś nie chce rządzić się kartezjańskimi prawidłami, lecz składa się z przejściowych aliansów i kuluarowych kompromisów mocno podbudowanych emocjami. Dlatego bliska jest mi filozofia Berkeleya w żartobliwym ujęciu Kołakowskiego: „Co widzisz, to jest, a czego nie widzisz, tego nie ma”. Dla umysłów bardziej finezyjnych istnieje formuła Hume’a: „Co widzisz, to widzisz, a co sobie pomyślisz, tego nie udowodnisz”. Przyszłość Belgii potoczy się zapewne zgodnie z ogólną regułą relatywizmu w ujęciu Profesora: „Może być tak, a może być i owak”. Ergo: należy tam pojechać i zobaczyć. Naprawdę warto!

 

Dr nauk prawnych Iwo Byczewski

Ur. 29 (!) lutego 1948 roku w Poznaniu, absolwent College d’Europe w Bruges (Belgia), w latach 1988-89 asystent, a następnie adiunkt w Instytucie Nauk Ekonomicznych PAN; 1991-95 – podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. W latach 2001-2002 Ambasador Nadzwyczajny i Pełnomocny przy Unii Europejskiej, 2002- -2007 Ambasador Nadzwyczajny i Pełnomocny w Królestwie Belgii i Wielkim Księstwie Luksemburgu.
Ambasador Iwo Byczewski z żoną Anną Nehrebecką witają się z (od lewej): księżną Matyldą, jej mężem księciem Filipem – następcą tronu, jej matką – Anną Komorowską, i królem Albertem II.

 


Rejestracja e-account.dinersclub.pl Logowanie