Strona główna
Felieton

Spis Treści:

1 słowo wstępne

4 gadżety

Oryginalne przedmioty

6 ludzie

Krzysztof Pietraszkiewicz Sztuka bankowości

10 znane firmy

LOT - 80 lat pod skrzydłami żurawia

14 felieton

Iwo Byczewski - Anioły z Nibylandii

16 inwestycje

Zainwestuj w... talent

18 historie gospodarcze

Ekonomia pod greckim niebem

20 lotniska świata

Madryt. Lotnisko z korridą w tle

22 podróże

Wakacje jak ze snu

26 wokół kół

Sportowe auta - z dachem i bez

32 relaks

Joga - droga do wolności

34 kultura

Drezno. Zwinger - perła Saksonii

36 sztuka biznesu

Wszystko o negocjacjach

40 miejsce

Przystań Kusznierewicza

42 savoir-vivre

Sztuka ubioru

44 barek

Lato w szklance

46 informacje Diners Club

Anioły z Nibylandii

Integracja europejska jest jak żyrafa: zwierzę łatwe do zidentyfikowania, jednakże trudne do zdefiniowania. Dokąd to zwierzę zmierza, czyli jaki jest cel (finalite) integracji, nie wiadomo, jest ona bowiem zarówno metodą realizowania założeń traktatowych, jak i procesem powstawania wspólnoty państw i obywateli europejskich. To piękny i romantyczny cel, ale jak każda wielka wizja – nieco mglisty i niełatwy do zrealizowania. Jak znaleźć Nibylandię? „Pierwsza gwiazda na lewo i prosto. Do poranka”, odpowiadał Piotruś Pan. No, właśnie. Tekst: dr nauk prawnych Iwo Byczewski

Jesteśmy już po wyborach do Parlamentu Europejskiego i wyczerpującej nerwowo kampanii wyborczej. Wyczerpującej co prawda głównie dla kandydatów, bo sądząc po frekwencji, dla nas – elektoratu – była ona niezbyt fascynująca. Nigdzie z tą frekwencją nie jest dobrze, ale w tym przypadku jest na tyle przyzwoicie, że z pewnością można powiedzieć, że Parlament jest dobrze legitymizowany. To zresztą jedyny bezpośrednio wybierany organ Unii Europejskiej, reprezentujący prawie pół miliarda mieszkańców.

Korzenie obecnego Parlamentu Europejskiego sięgają 1952 roku, kiedy na mocy traktatu paryskiego powstało Wspólne Zgromadzenie pierwszej integracyjnej organizacji – Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali. Później, w 1957 roku, traktaty rzymskie (a ściślej – dołączona do nich konwencja) przekształciły je w organ wszystkich trzech Wspólnot Europejskich, tzn. EWWS, EWG i Euratomu. Początkowo członkowie PE byli wybierani przez parlamenty krajów członkowskich. Od 1979 roku deputowani do tego Parlamentu są wybierani w wyborach bezpośrednich przez obywateli państw członkowskich Wspólnot. Nie istnieje jednak jedna, wspólna ordynacja wyborcza – każdy kraj ma własne reguły liczenia głosów. Przyjęto jednak, że wszędzie wybory odbywają się w tym samym czasie.


Początkowo Parlament był tylko organem konsultacyjnym, niemającym żadnej realnej władzy – ot, takim demokratycznym ozdobnikiem zbiurokratyzowanej struktury Wspólnot Europejskich. Po wejściu w życie Jednolitego Aktu Europejskiego – traktatu z Maastricht, z Amsterdamu – i bohatersko bronionego przez nas, Polaków, układu z Nicei prace Parlamentu mają duże znaczenie, ponieważ decyzje Rady Ministrów reprezentującej rządy państw członkowskich, dotyczące nowych europejskich przepisów w wielu obszarach polityki, mogą być podejmowane tylko wspólnie z Parlamentem. Uprawnienia te będą jeszcze większe po wejściu w życie traktatu z Lizbony, jeśli oczywiście prezydent RP zechce złożyć pod nim swój podpis.

To więc duża władza i duże kompetencje. Czy więc wybrani przez nas eurodeputowani powinni być kompetentni? Powinni. A czy muszą? Nie muszą. Akt wyborczy nie jest aktem merytorycznej weryfikacji kandydatów. Wybory to nie konkurs CV, to raczej konkurs listów intencyjnych. Widać to przecież również (albo przede wszystkim) w parlamencie krajowym, w którym kompetencja nie jest główną kwalifikacją. Nie od dziś wiadomo, że demokracja jest zwycięstwem liczby nad rozumem, i chyba dobrze, bo w przeciwnym wypadku mielibyśmy do czynienia z merytokracją. Tak więc istotą funkcji deputowanego nie tyle jest akademicka wiedza, ile reprezentowanie interesów wyborców (jeśli to coś znaczy). Oczywiście wyścigi wózkami golfowymi (nawet w stanie nietrzeźwym), gwałcenie (nawet prostytutek) i rozsyłanie obrzydliwych broszur (nawet antysemickich) niezbyt takiej funkcji służą. Tak mniemam. Ponadto byłoby całkiem nieźle, gdyby posłowie do Parlamentu Europejskiego mogli się komunikować w języku innym niż polski.

Przyznam jednak, że jest z tymi językami okropne zawracanie głowy (jeśli można się pokusić o taką anatomiczną metaforę). Jest ich bowiem 23 (języków, a nie głów) i wszystkie mają status języka oficjalnego, co oznacza, że każde rozporządzenie i każda dyrektywa, decyzja i zalecenie, opinia i wniosek, propozycja i informacja, każdy najmniejszy karteluszek musi być przetłumaczony na każdy język oficjalny. Na same tłumaczenia Unia wydaje rocznie prawie 990 mln euro. Za taką kwotę można by w Polsce wybudować kawał przyzwoitej autostrady. Albo laboratoria językowe w każdym powiecie. To nie wszystko: mieszkańcy Katalonii i Kraju Basków chcieliby, aby status języków oficjalnych uzyskały także język kataloński i język baskijski. Nie ma jednak na razie decyzji co do języka luksemburskiego, który przecież w Wielkim Księstwie jest językiem potocznym. Statusu języka Unii Europejskiej nie ma również rosyjski, który jest językiem mniejszości rosyjskiej w Estonii, na Łotwie i Litwie. Jest jeszcze w Europie około 20 języków niemających statusu oficjalnych w UE (np. lapoński, fryzyjski czy liguryjski). Powstało więc specjalne Europejskie Biuro ds. Języków Rzadziej Używanych (European Bureau for Lesser-Used Languages), organizacja pozarządowa, której celem jest wspieranie i promowanie języków mało popularnych. Jej działalność przynosi efekty, w 2007 roku bowiem status języka oficjalnego uzyskał irlandzki, którym w Irlandii mało kto mówi, ponieważ został kompletnie wyparty przez angielski. W zeszłym roku Biuro zorganizowało konferencję w Gdańsku. Źródłem szczególnej satysfakcji organizatorów był fakt, że „Gdańsk jest stolicą tak mało popularnego w Europie języka, jakim jest kaszubski”.

Jak z tego wybrnąć? Według znanej w Brukseli anegdoty, są dwa radykalne wyjścia: albo wprowadzić jeden język oficjalny w Unii, co nie byłoby trudne, ale nierealne, albo rozwiązać Unię, co z kolei byłoby trudne, ale nie nierealne.

Ponieważ angielski to w Brukseli banał, do dobrego tonu należy używanie języków rzadko używanych. Tym właśnie tropem poszedł przewodniczący Komisji Europejskiej Romano Prodi w pamiętnym czerwcowym dniu ogłoszenia wyników referendum akcesyjnego w Polsce. Dokładnie sześć lat temu. Wieczorem Romano miał udzielić telewizji polskiej specjalnego wywiadu. Ponieważ okazja była ważna, przewodniczący starannie się do niej przygotował i zapowiedział prowadzącemu dziennikarzowi, że zechce powiedzieć słów kilka w naszym rzadko używanym języku. Gdy kamera poszła w ruch, Prodi uroczyście i ze swadą oznajmił: „Do zobaczenia”. I potem już wywiad potoczył się gładko. W języku angielskim.

Skoro mowa o Komisji UE. Komisja to nie tylko ciało złożone z 27 komisarzy (odpowiedników ministrów w rządach krajowych), lecz także olbrzymi aparat liczący kilkadziesiąt tysięcy urzędników. Biurokracja unijna to nie tylko aparat Komisji, to przecież administracja obsługująca wszystkie główne organy UE. To także, wg instytutu Open Europe, mniej więcej 45 tys. ludzi zatrudnionych w ponad tysiącu grupach eksperckich, często o bardzo egzotycznych nazwach, jak Grupa ds. Dyrektyw Dotyczących Wind, Grupa Ekspertów ds. Wody Mineralnej czy Grupa Ekspertów ds. Przypraw. Cała ta rzesza podzielona na dyrekcje generalne, dyrekcje, grupy i biura, na których czele stoją naczelnicy, dyrektorzy i dyrektorzy generalni podlegający odpowiedniemu komisarzowi, którego zwierzchnikiem jest przewodniczący Komisji UE, przypomina nieco Lalandię z „Bajek” Leszka Kołakowskiego. W tej krainie, której nie można odnaleźć na żadnej, nawet największej, mapie i której mieszkańcy zajmują się głównie niszczeniem globusów, nad listonoszem panuje Naczelnik, który podlega Jeszcze Większemu Naczelnikowi. Ponieważ Jeszcze Większy Naczelnik – jak każdy Jeszcze Większy Naczelnik – z istoty swej jest bardzo zajęty, pomagają mu kierownicy: do spraw wschodnich, do spraw zachodnich, północnych i południowych. Specjalna grupa robocza bada, czy jednak na pewno nie ma piątej strony świata. Kieruje nimi Bardzo Największy Naczelnik, który jest już tak zajęty, że nie ma czasu przychodzić do pracy.

Narzekanie na brukselskiego biurokratycznego molocha należy od dawna do żelaznego kanonu krytyk kierowanych pod adresem europejskiej integracji. Eurokracja jest faktem, ale trzeba pamiętać, że źródłem rozrostu biurokracji UE jest proces, który trwa we wszystkich państwach od kilkudziesięciu lat. W wielkim skrócie polega on na zmianie charakteru przestrzeni politycznej i działania politycznego w państwie: polityka przestaje być obszarem dyskusji, w którym dochodzi się do określonych decyzji w drodze kompromisu, a staje się sferą technokratycznego rozwiązywania problemów. W tak rozumianej polityce, zdaniem znawcy tematu K. Szczerskiego, główną rolę odgrywa władza wykonawcza (rząd) wraz ze swym aparatem biurokratycznym, a nie parlament. Ten ostatni siłą rzeczy działa mniej elastycznie i wolniej niż (teoretycznie) apolityczni, profesjonalni biurokraci.

Rozbudowane struktury organizacyjne i zhierarchizowany system decyzyjno-wykonawczy nie jest niczym nowym, ba, istnieją nawet poglądy przypisujące im nie ludzką, lecz zgoła deistyczną genezę. Wystarczy przywołać tu Pseudo-Dionizego Aeropagitę, apostoła Galów i pierwszego biskupa Paryża, który wpadł na stosunkowo prosty sposób ewidencji aniołów. W swoich pismach stanowiących po dzień dzisiejszy podstawę teoretyczną angelologii wyróżnił dziewięć chórów anielskich – Serafinów, Cherubów, Tronów, Panowania, Moce, Władze, Zwierzchności, Archaniołów i Aniołów. Z kolei poszczególne chóry przydzielił do trzech triad, czyli do zastępów. Proste? Proste. Tak jak struktura aparatu administracyjnego UE, który dzieli się na grupy: personel merytoryczny (kategorie: od A1 do A8), techniczny i biurowy (B, C, D) oraz tłumaczy (LA).


Na niebieskim tle flagi europejskiej widnieje 12 złotych gwiazd. Nie symbolizują one liczby państw członkowskich, lecz pewną ideę: in varietate concordia – ‘jedność w różnorodności’. Wiadomo bowiem, że jeśli zjednoczona Europa ma powstać, to musi być agonistyczna. To oznacza, że musi respektować przyjazną konkurencję różnorodnych wspólnot, interesów i kultur narodowych. Europejska tożsamość musi się opierać nie na odrzucaniu odrębności narodowych, ale na ich uznaniu. Musi być obok nich. Nie zamiast. Europa, trochę jak Nibylandia, zależy przeto od wyobrażeń każdego, kto do niej zmierza, i w tym sensie drogowskaz: „Pierwsza gwiazda na lewo i prosto”, jest całkiem konkretną dyrektywą.

Dr nauk prawnych Iwo Byczewski

Ur. 29 (!) lutego 1948 roku w Poznaniu, absolwent College d’Europe w Bruges (Belgia), w latach 1988-89 asystent, a następnie adiunkt w Instytucie Nauk Ekonomicznych PAN; 1991-95 – podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. W latach 2001-2002 Ambasador Nadzwyczajny i Pełnomocny przy Unii Europejskiej, 2002- -2007 Ambasador Nadzwyczajny i Pełnomocny w Królestwie Belgii i Wielkim Księstwie Luksemburgu.


Rejestracja e-account.dinersclub.pl Logowanie